ROZDZIAŁ III


„Trzeba zawsze żyć biegnącą chwilą. Na co komu dziś wczorajszy 
 dzień?”

Lady Pank



          Słońce oślepiło swoimi promieniami tłum nastolatków, którzy wychodzili z liceum, aby udać się do  domów lub innych miejsc gdzie mogli zaznać przyjemności. Alicia była raczej typem domatora, który woli spędzać piątkowe popołudnia w zacisznym kącie swojego przytulnego pokoju. Chociaż od wieczornego spaceru z Kelpie minęło już kilka dni, nadal czuła wewnątrz
siebie pewien niepokój. Może zabrzmi to zbyt górnolotnie, ale wydawało się, że tamtej nocy coś się z nią stało, ale nie mogła wytłumaczyć tego zjawiska. Może był to zwyczajny smutek? Właściwie to, co ona sobie myślała? Że Caleb, piękny książę, następnego dnia zjawi się pod jej szkołą na białym rumaku, odziany w błyszczącą srebrną zbroję? Czyżby powracała do czasów dzieciństwa? Westchnęła ciężko i zaczęła kierować się w stronę czarnej, kutej z żelaza bramy.
- Czemu tak wzdychasz?- usłyszała obok siebie głos Lucy, która szła wraz z nią ramię w ramię. Jej blond włosy powiewały na delikatnym wietrze, który poruszał także liczne fałdy jej fikuśnej, granatowej spódnicy. Czyżby faza na lolitę?- zakpiła Alicia w myślach, ale nie wypowiedziała tych słów na głos. Fascynacja przyjaciółki modą i to w szczególności tak abstrakcyjną była dla niej niezrozumiała. Jej moda to conversy i jeansy, reszta jakoś dobierze się sama. - Halo!- Poczuła delikatne szturchnięcie w ramię, kiedy nie odpowiadała przez dłuższą chwilę, pochłonięta swoimi prostymi
myślami. - Słyszysz mnie?
- Słyszę- odpowiedziała cicho, rozsuwając suwak bluzy. Wydawało jej się, że temperatura nagle podwyższyła się co najmniej o kilkanaście stopni. - I nie wzdycham. Tak tylko jakoś...
- Tak tylko jakoś- powtórzyła Lucy, uśmiechając się kpiąco.- Jasne. Po prostu nie chcesz mi powiedzieć- stwierdziła i roześmiała się obracając się wokół własnej osi, aż jej spódnica zatańczyła wraz z nią w powietrzu. Lucy nie wstydziła się niczego. Mogła tańczyć, śpiewać i nawet kłócić się na środku ulicy, ale i tak jej to nie przeszkadzało.
Jej życiowe motto: "Nie obchodzi mnie nic, co inni myślą o mojej nieskromnej osobie."
- Nie mam czego ci powiedzieć.- Przekroczyła teren szkoły i rozejrzała się dookoła. Jej szkoła była oddalona od domu o jakieś pół kilometra- nic wielkiego, ale Alicia nie miała ochoty nawet postawić jednego kroku w stronę domu, który w ciągu ostatnich dni stał się niczym innym tylko więzieniem. Rodzice zabronili im wychodzić z domu, po szkole mieli wracać prosto do niego i nawet na chwilę nie przekraczać jego progu. Tata dostał wariacji na tym punkcie, chociaż nie chciał dać tego po sobie poznać. Zapomniał jednak, że ma do czynienia z nastolatką- one widzą wszystko. W końcu szkoła to pole walki, gdzie trzeba dokładnie poznać swoich wrogów.   A więc rodzice zaskakująco szybko zaczęli otaczać trójkę swoich dzieci troskliwą opieką, niczym... Anioły. - Jestem po prostu zmęczona- ziewnęła chcąc udowodnić to przyjaciółce. Dziewczyna pokręciła głową z politowaniem i poprawiła czarny plecak zwisający jej z ramion. Wzruszyła nimi beztrosko i odwróciła się od Alicji nadal z uśmiechem na twarzy.
- Ahaa...- westchnęła. - To ja już idę. Pa.- Pomachała jej dłonią na pożegnanie, nawet na nią nie spoglądając i szybko zniknęła za najbliższym rogiem.
- O mój Boże...- znowu to. Westchnienie. Jakby ogromny ciężar leżał na jej sercu, jakby była za coś odpowiedzialna. Za coś niebezpiecznie ważnego. I tak czuła się przez ostatnie dni. Wszystko wydawało się sprawiać, że jej dusza stawała się coraz cięższa.

- Jest aż tak źle?- usłyszała za sobą czyjś niski, głęboki głos, który
wydawał się drapać wszystkie ściany w promieniu kilkuset metrów. Odwróciła się powoli, nie będąc pewną, że te słowa skierowane były do niej i zobaczyła tajemniczy uśmiech skierowany w jej stronę. Intensywnie zielone oczy wpatrywały się w nią z rozbawieniem, ale było w nich również coś, co przez ostatnie dni nie dawało jej spokoju.
- Można tak powiedzieć- mruknęła, przyglądając się Calebowi, który opierał się nonszalancko o mur odgradzający teren szkoły od świata, który nie był z nią związany. I ten świat większości ludzi piekielnie się podobał.
- Co tu robisz?
- Czekam na ciebie- odparł spokojnie podchodząc do niej. Kilka par oczu odwróciło się w ich stronę, przyglądając się z zaciekawieniem. Wydawało się, że Caleb nie zwraca na nich uwagi. Może nawet nie zdawał sobie sprawy z ich obecności. Nie, oczywiście, że wiedział. Człowiek taki jak on, który żyje tylko dlatego, aby publiczność biła mu brawa, zauważa nawet jedno spojrzenie zwrócone na niego.
- A-Aha. A... dlaczego?
- Bo chcę.- Dlaczego... zawsze musiał odpowiadać półsłówkami? "Tak, nie, bo chcę..." Ukryła dłonie w kieszeniach spodni i spojrzała na niego spod na wpół przymkniętych powiek. W tamtej chwili pomyślała, że jest, kolokwialnie mówiąc, cwaniakiem, który czeka na moment, kiedy ktoś zacznie składać mu pokłony. W pewnym stopniu podobny był do jej ojca, tylko, że posiadał coś, co na pozór przypominało poczucie humoru.
- To cześć- mruknęła i odwróciła się od niego. Szybko poczuła na swoim ramieniu jego dłoń, którą odkręciła ją bezczelnie i przede wszystkim brutalnie.
- Hej, hej. Już nie będę, obiecuję.- Słowo "przepraszam" jakoś nie mogło
przejść mu przez gardło. To chyba przez to, że tak rzadko go używał. - To jak?
- Ale co jak? Nie rozumiem o co ci chodzi.- Przez niego w głowie miała całkowity mętlik. Nawet nie wiedziała jak ma go traktować. Uśmiechnął się jeszcze szerzej i wreszcie ją puścił. Nawet nie czuła jego dotyku. Ukrył dłonie w kieszeniach jeansów i spojrzał na nią z czymś, co przypominało nieśmiały uśmiech.
- Byłaś kiedyś w klubie?


   "Miał szczęśliwy śmiech dziecka, które jeszcze nie rozbiło talerza." [C.R. Zafon]


      Ne-Yo- "Closer"

  Wyjście po dziewiątej okazało się nie małym wyczynem. Co tam wyczynem! To było ryzyko, na jakie nigdy by sobie nie pozwoliła. Ale kiedy Caleb zaczął ją namawiać, nie potrafiła się oprzeć. Poddała się niczym małe dziecko. Teraz miała tylko jeden, niewielki, prawie nic nie znaczący problem: jak do diabła wydostać się z domu?! Nawet nie próbowała prosić rodziców. Kiedy Hilary poprosiła o wyjście wybuchła taka awantura, że Alicia słyszała ją nawet w swoim pokoju, ze słuchawkami na uszach. Nawet mama, która była bardzo liberalna jak na Anioła, teraz zakazywała im wszystkiego. Alicia nie wiedziała, co się dzieje. Kiedy rozmawiała ze swoimi znajomymi, oni mówili, że z ich rodzicami jest tak samo. Wszyscy zostali opętani? Zaśmiała się cicho schodząc schodami na dół, starając się nie wydać żadnego dźwięku. Czy to będzie ucieczka? Nie. To tylko pragnienie wolności pchało ją w stronę drzwi. Dodawało jej siły, którą musiała wykorzystać przy tym jakże niebezpiecznym czynie. Może nawet czuła podniecenie? Na myśl, że wychodzi z domu bez pozwolenia rodziców czy jednak nieznane jej dotąd uczucia wzbudzała perspektywa spotkania Caleba? Nie, jeszcze się nie zakochała, ale tej nocy mogło się to diametralnie zmienić. Chciała tego? Sama nie wiedziała, ale chociaż raz w życiu musiała zaryzykować. Bo przecież kto nie ryzykuje, ten nic nie ma.
- Dokąd się wybierasz?- usłyszała kobiecy głos i odwróciła się powoli, bojąc się, że na jej twarzy wymalowana jest cała prawda.
- Nigdzie- odpowiedziała, chowając kosmyki blond włosów za ucho. Hilary przyglądała jej się w skupieniu. Wiedziała. Oczywiście, że zauważyła.
- Aha, a to nigdzie wymaga takiego strojenia się?- zapytała z przekąsem, opierając się o metalową poręcz schodów. Mrugnęła do młodszej siostry, uśmiechając się podstępnie. Nastolatka spoglądała na nią zdezorientowana, zupełnie nie wiedząc o co jej chodzi. Hilary była świetną siostrą, ale czasami zachowywała się tak, jakby miała nierówno pod sufitem.
- No... Tego...- wyszeptała, czując, że jej policzki stają się czerwone. Hilary roześmiała się, odrzucając głowę do tyłu, tak, że jej blond loki zaczęły wirować wokół głowy.
- Spoko, siostrzyczko- mruknęła, podchodząc do niej. Objęła ją swoimi szczupłymi ramionami ku całkowitemu zdziwieniu i przerażeniu szesnastolatki. - Rodziców nie ma w domu. Zostawili nas pod opieką Cedrica, który... hm... zasnął.- Wzruszyła pogardliwie ramionami.- Ale wróć przed północą, Kopciuszku. Musisz być w domu przed rodzicami.
- Dzięki- wyszeptała, czując nieodparte pragnienie rzucenia się siostrze na szyję. Wiedziała jednak, że jeden uścisk jaki przeżyła przed chwilą był wystarczającą czułością ze strony siostry. Musiało jej wystarczyć na następne szesnaście lat. Na jej twarzy pojawił się szeroki uśmiech, wyrażający niezwykłe szczęście. Zbiegła schodami na dół i ruszyła w stronę drzwi. Hilary stała z rękoma założonymi nonszalancko na piersi, wpatrując się w jej poczynania.
- A tak właściwie to gdzie idziesz?- usłyszała pytanie. Spojrzała na Hilary niepewnie.- Muszę wiedzieć na wypadek, gdyby coś ci się stało- wyjaśniła szorstko.
- W klubie.
- Jakim?- Wzruszyła ramionami zamiast odpowiedzieć. Nie wiedziała dokąd zabiera ją Caleb i pomimo tego, że było to podejrzane, fascynowało ją. Nie znała go, ale miała takie niesamowite przeczucie, że nie potrafiłby jej skrzywdzić. Może i była w tym pewna infantylność, ale czy ryzyko nie na tym polega? Na naiwnym kroczeniu w nieznane? Posłała siostrze ostatni niepewny uśmiech wdzięczności i wyszła z domu, zamykając za sobą delikatnie drzwi.

 Dał jej dokładne wskazówki jak i gdzie mają się spotkać. Sam zapewne też był kontrolowany przez swoich rodziców, chociaż nie mogła wyobrazić sobie Caleba, który słuchałby się swojego ojca, a co dopiero matki. W końcu kobiety były gorsze od mężczyzn w ich świecie. Nie brutalnie odstawione na boczny tor, ale jednak inne. Zatrzymała się przed kawiarnią, przed którą kręciło się kilkoro ludzi, chcąc uciec przed deszczem, którego pierwsze krople zaczęły spadać na ich głowy. Alicia miła na sobie tylko jeansy i czarną bluzkę, na tę okazję nawet włożyła szpilki. Jedyne jakie posiadała, ale jednak czarne. Oparła się o ścianę budynku i zaczęła wpatrywać w ludzi ukrytych pod kapturami i parasolami. Było ich jednak niewielu, bo deszcz zaskoczył mieszkańców Londynu. Uśmiechnęła się ponuro, kiedy zaczęła "czuć się" mokra. Woda spływała po jej włosach, chociaż nie minęło nawet pięć minut. Odepchnęła się od muru i skierowała w stronę drzwi kawiarni. Nawet dla Caleba i miłej perspektywy spędzenia z nim czasu w klubie, nie miała zamiaru moknąć. Pchnęła drzwi i od razu uderzył w nią hałas. Ludzie rozmawiali głośno, nie kryjąc swoich emocji i nawet nie zauważyli, że ktoś wszedł do środka. Alicia podeszła do baru i poprosiła o szklankę wody. Nie lubiła alkoholu, zresztą Anioły nie potrafią się upić. Mogłaby wlać w siebie hektolitry whisky, a i tak zapewne trafiłaby tylko do szpitala z powodu zatrucia.
 Wiedziała, że barman przygląda jej się. Spędziła przed lustrem godzinę, chociaż sama nie wiedziała dlaczego. A może jednak wiedziała? Pierwszy raz chciała się komuś podobać, sprawić, że ten ktoś będzie nią zachwycony. Gdzieś zniknęło uparte przeświadczenie, że liczy się charakter. Owszem, liczy się, ale żeby poznać czyjeś wnętrze, najpierw musisz zostać przyciągnięty przez wygląd zewnętrzny. Chociaż w jego przypadku było inaczej. Pierwsze słowa, uśmiech sprawiły, że poczuła do niego pociąg,
którego za wszelką cenę chciała się wyzbyć. I może jeszcze oczy. Miał ładne oczy.
- Witam- wzdrygnęła się słysząc cichy szept tuż obok swojego ucha. Odwróciła się i zobaczyła Caleba stojącego naprzeciwko niej z łobuzerskim uśmiechem na twarzy. Wyglądał jeszcze seksowniej niż zazwyczaj, chociaż to chyba nie mogło być możliwe. Czyżby ta woda uderzyła jej do głowy? Uśmiechnęła się do niego nieśmiało, jednocześnie zastanawiając się, co ona tu z nim robi. Jej problem polegał na tym, że nie wierzyła, że może się komuś podobać, że może być obiektem zainteresowań. A była. Była wiele razy, ale nie potrafiła tego zauważyć.
- Hej- przywitała się, zeskakując z krzesła. Jej ubranie już wyschło, ale włosy nadal były odrobinę mokre. - Idziemy?
- Taa, chodź.- Na jego twarzy pojawił się cień uśmiechu, kiedy odwrócił się i skierował w stronę wyjścia. Na zewnątrz nadal padało, ale on wydawał się tego nie zauważać. I co najlepsze: nie był przemoknięty. Dopiero po chwili zauważyła czerwone auto nieznanej jej marki, stojące naprzeciwko nich. Uświadomiła sobie, że jest jego w chwili, gdy otworzył przed nią drzwi. Skinęła delikatnie głową i zajęła przeznaczone dla niej miejsce. Nie musiała długo czekać, aż pojawi się obok. Włożył kluczyki do stacyjki, ale spojrzał na nią zanim nacisnął pedał gazu.- I ładnie wyglądasz.- Poczuła, że się rumieni.
- Hm... dzięki. Ty też- wypaliła, na co odwdzięczył się głośnym śmiechem. Pokręcił głową z niedowierzaniem, wpatrując się w drogę przed nimi. Wiedział, że Alicia jest wyjątkowa. Może w innym stopniu niż uważają ludzie, ale była piękna. Silna, odważna, inteligentna i... taka niewinna. Nie tylko w sferze cielesnej, ale przede wszystkim duchowej. Mogła być wybuchowa, nieprzewidywalna, ale była... czysta. Piękna. - Jak nazywa się ten klub?- Przerwała krępującą ciszę, która szczerze mówiąc bardziej przeszkadzała jej niż jemu.
- Eden.
- Eden?- zapytała z osłupieniem.- Nigdy o nim nie słyszałam- wyjawiła. Nigdy nie chodziła do klubów, ale znała kilka z opowiadań Lucy, a ona zdecydowanie znała się na rzeczy. - Czy to jakiś nowy klub? Ma... interesującą nazwę.- Ostatnie zdanie dodała po chwili zastanowienia. Eden- biblijny raj. Adam i Ewa. Grzech pierwszych ludzi. Najbardziej grzeszny z grzechów i jednocześnie najbardziej pociągający.
- Istnieje od wielu lat. Mogę cię o coś zapytać?- zapytał zmieniając temat.
- Pytaj o co chcesz.
- Dlaczego zawsze... zawsze ubierasz się na czarno?- Spojrzała na niego z szeroko otwartymi oczami. Nie takiego pytania się spodziewała. Ostatnio uświadomiła sobie, że Caleb nie potrafił zadawać innych pytań prócz tych, które niezwykle ją zaskakiwały i były czasami po prostu głupie.
- Bo lubię.- Odparła przyglądając mu się w skupieniu. Sam chyba również nie miał z tym problemu- odkąd tylko pierwszy raz go zobaczyła nie miał na sobie nic w innym kolorze niż czerń.
- Ale jesteś Aniołem, powinnaś to uwydatniać- mruknął. - Swoją niewinność, piękno i delikatność.- Uśmiechnął się lekko, nie zauważając, że patrzy na niego jakby był mocno szurnięty. Delikatność? Piękno? Niewinność?
- Słucham?
- Mówię o duszy. W końcu jest czysta, prawda? Niczym nieskalana.
- Ale ja nie jestem typowa.
- Nie jesteś typowa?- powtórzył jej słowa, powoli zwalniając.
- Taa, odstaję. Czasami wydaje mi się, że do nich nie pasuję.- Powiedziała w przypływie szczerości. To przez Caleba. Miał w sobie coś takiego, co sprawiało, że człowieka pragnął mu o wszystkim opowiedzieć. Roześmiała się cicho, uświadamiając sobie, że w aucie zapanowała nieprzyjemna, dręcząca ją cisza.
- A do kogo pasujesz?- zapytał niespodziewanie. Wydawało jej się, że jego oczy pociemniały, ale szybko odwróciła wzrok, skupiając go na światłach miasta.
- Do samej siebie- odpowiedziała głośno, starając się, żeby zabrzmiało to beztrosko.-Daleko jeszcze?
- To tutaj.
 Zatrzymał samochód, a ona wyjrzała przez szybę. Za oknem
po jego stronie stał stary, ceglany budynek, ale dookoła nie było widać
żadnego klubu. Żadnych neonów, żadnych ludzi. Serce podskoczyło jej
do gardła, żeby z powrotem opaść i uderzać brutalnie o żebra. Zaczynała się bać.
Strach był niemalże paraliżujący.
- To wyjątkowy klub. Nie dla śmiertelników.- Klub dla Aniołów? O nim to
już na pewno musiała wiedzieć. - Dla wyjątkowych istot. Elity. Nie bój się- mruknął, widząc jej zdenerwowanie. Wyjął kluczyki ze stacyjki i wysiadł z samochodu. Otrząsnęła się z amoku i zrobiła to samo. Stali teraz naprzeciw siebie po obu stronach auta, wpatrując się w siebie, każde z innymi uczuciami. Alicia z przerażeniem, a Caleb... Tego nie wie nikt.
- Nie boję się.- Uniosła dumnie głowę.
- A jednak tak. Boisz się mnie?- zakpił, a ona nie odpowiedziała. Zabiera ją w środku nocy do jakiegoś wyimaginowanego klubu, jest większy i silniejszy, a ona ma się go nie bać?Zastanawiała się tylko jak może zabrać mu kluczyki i odjechać z piskiem opon. - Alicia. Zaufaj mi. Pierwszy i ostatni raz, dobrze?- Spojrzała na niego niepewnie. Co miał znaczyć ten "ostatni raz"? Skinęła jednak głową, kierowana jakimś nieprzyjaznym jej impulsem i poszła za nim w stronę otworu w ścianie, w którym powinny znajdować się drzwi.

  AC/DC- "Smoke on the water"

 Przeszli przez ciemny korytarz, a ona była pewna, że coś ociera się o jej nogę i to na pewno nie był kot. Raczej szczur. Pokaźnych rozmiarów szczur. Wzdrygnęła się, ale nie zaczęła piszczeć jak to miała w zwyczaju w takich chwilach. Chłopak pchnął stare, drewniane drzwi i ruszył schodami w dół, do piwnicy. Nikogo nie zaskoczy fakt, że Alicia niemalże umierała idąc kilka centymetrów za nim. Bała się jak nigdy dotąd. Wiedziała, że nikt jej nie odnajdzie na czas. Dlaczego była taka głupia i z nim poszła? W rzeczywistości nawet mu wtedy nie zaufała. Od początku nie powinna mu ufać. Potknęła się i wpadła na niego, ale w ostatniej chwili złapał ją, nie pozwalając jej upaść. Czyżby coś poczuła? Nic, zupełnie nic. Może tylko obrzydzenie. Obrzydzenie zamienia się w strach, a strach w pragnienie.Nagle stał się niewiarygodnie zimny i przerażający.    
                                           
 I wtedy to się stało.

 Usłyszała ciche dźwięki muzyki dobiegające z oddali. Złapał ją za rękę i poprowadził w głąb ciemnego korytarza. Nie musiała długo czekać, żeby zobaczyć dwóch, dwumetrowych mężczyzn ubranych na czarno, którzy przepuścili Caleba bez żadnych sprzeciwów. Nie kłamał. Przekonała się o tym, kiedy przekroczyli próg sali, która tonęła w świetle neonów i głośnej muzyce techno. A w środku... W środku działa się magia. Widziała normalnie wyglądających ludzi, ale również Anioły i inne stwory. Była niemalże pewna, że przed oczami mignął jej chochlik. Ale zamiast przerażenia, poczuła podniecenie. Tylko, że... Niektóre Anioły, które ukazały swoje skrzydła były... Mroczne. Tylko demony mają skrzydła, których Aniołowie zostali pozbawieni. Czarne, ogromne skrzydła, którymi potrafią zabić. I na pewno nigdy się przed tym nie wahają.
- Caleb...- wyszeptała, kiedy torował sobie drogę. - Caleb!- krzyknęła, kiedy dotarło do niej, że nie usłyszał.
- Tak?!
- Tu są demony.- Zbliżyła się do niego, a on mocniej zacisnął palce na jej dłoni. Przyglądała się wszystkim z przerażeniem w oczach, a oni wpatrywali się w nią. I w Caleba. Nawet upadłe Anioły przestały tańczyć, żeby spojrzeć na tę parę. Poczuła się niezręcznie. Czyżby chcieli ich skrzywdzić? Przy takim ogromie osób Caleb nie miałby szans.
- Wiem- odparł tajemniczo, podchodząc do baru. Zamówił coś czego nazwy nie byłaby zdolna powtórzyć i odwrócił się do niej z delikatnym uśmiechem na twarzy. Ponownie rozejrzała się dookoła, ale tłum już zajmował się sobą, tańcząc i rozmawiając. Skarciła siebie za to, ale była ciekawa o czym mówią. Czarne ściany ogromnego pomieszczenia wzbudzały w niej strach, a kolorowe światła jeszcze go potęgowały. I schody. Schody prowadzące w dół, do mniejszej kondygnacji sprawiały, że miała ochotę wyrwać się chłopakowi i uciec z krzykiem przerażenia. - Widzisz? Warto mi zaufać.- Otworzyła usta, ale powstrzymał ją uniesieniem dłoni. W jego czarnych włosach odbijały się wszystkie kolory neonów, które sprawiały, że wyglądał jeszcze bardziej tajemniczo i...Po prostu idealnie. - A teraz słuchaj. Nie bój się ich, nic ci nie zrobią dopóki jestem z tobą jestem, rozumiesz? Nawet kiedy nie będziemy razem, a oni poczują na tobie mój zapach, nie skrzywdzą cię. Pamiętaj o tym, OK?- Skinęła głową niepewna co odpowiedzieć. Uśmiechnął się do niej szerzej, ale nadal nie prawdziwie tak jak jeszcze przed kilkoma godzinami i poprowadził w stronę jednej z lóż. Para, która tam siedziała ulotniła się szybko kiedy tylko ich zobaczyła. Chłopak usiadł na krwistoczerwonej sofie i zaczął przyglądać się jej w skupieniu, czekając na jej ruch.
- Jak wielkim gnojkiem jesteś?- zapytała niespodziewanie. Uśmiech zniknął z jego twarzy, na którą nałożył maskę powagi.
- Ogromnym- mruknął, wskazując miejsce obok siebie. Już nie wyglądał jak uroczy łobuz, wydawało się, że jej pytanie coś w nim zbudziło. Coś, co jej się chyba nie podobało. Mięśnie jego twarzy stwardniały, dodając mu powagi i lat. Nie przypominał beztroskiego, lekkomyślnego nastolatka, ale bliżej mu w tamtej chwili było do oschłego, naznaczonego wieloma wspomnieniami mężczyzny. Po chwili zastanowienia usiadła jak najdalej od niego, coraz bardziej żałując, że dała się namówić na przyjście tutaj.