ROZDZIAŁ II


 „Serce ze złota, ale dumę utraciło
Cudowne oczy, przekrwione i zagniewane
Widziałem twoją twarz zupełnie inaczej”

Nirvana "Let It Die"




            Myślała, że jego oczy będą takiego samego koloru jak włosy, ale myliła się. Jego oczy miały tak intensywny odcień zieleni, że wydawał się nie pasować do całej reszty. Caleb- bo tak miał na imię- wyglądał niezwykle... egzotycznie. Pierwszy raz w życiu widziała człowieka, który jednocześnie miałby czarne włosy i zielone oczy. Pierwszy raz widziała Anioła, który wyglądałby tak... dziko.
 Jeśli urodziłeś się w rodzinie anielskiej, bez względu na wszystko musiałeś mieć jasne włosy i oczy. Niebieskie, szare, ale w żadnym przypadku nie innego koloru. To był jedyny stereotyp, który się sprawdził. Istoty z domieszką niebiańskiej krwi nawet po tylu latach przebywania na ziemi, zachowywały swoją czystość i niewinny, piękny wygląd.
- Nie przypominasz typowego Anioła- mruknęła. Stali naprzeciwko siebie w ślepym, ciemnym zaułku, który rozświetlany był tylko wtedy, gdy w pobliżu zatrzymywał się jakiś samochód. Caleb nonszalancko opierał się o ceglaną ścianę, z dłońmi ukrytymi w kieszeniach jeansów. W ciemnościach nie widziała dokładnie jego twarzy, ale dostrzegła, że kąciki jego ust unoszą się lekko ku górze. Wydawał jej się tak niesamowicie tajemniczy, co przecież było normalne u takich istot, ale od razu wyczuła w nim coś, czego nie potrafiła zrozumieć.
- Bo nie jestem typowy- roześmiał się cicho, nie spuszczając z niej wzroku. Wydawało jej się, że przeszywa ją na wylot, ale szybko stłumiła to uczucie. Potrząsnęła głową, jakby chciała wyzbyć się niepotrzebnych myśli i ponownie skupiła się na jego słowach. - Jeszcze nie zauważyłaś?
- Nie żartuj- spoważniała. Nawet nie wyczuwała od niego tej mocy do której była przyzwyczajona. Owszem, udowodnił jej, że nie jest zwyczajny, bo przecież już sam fakt, że Kelpie nie zagryzł go na śmierć był dowodem samym w sobie, ale nie miała do niego zaufania. Bo Caleb nie należał do osób, którym można było zaufać.
- Mam w sobie domieszkę ludzkiej krwi- wyszeptał opierając głowę o mur. Ona zrobiła to samo, ale spotkał ją tylko chłód i nieprzystępność twardej ściany. Nie dane było jej spoglądać na pierwsze gwiazdy, które on prawdopodobnie pożerał wzrokiem. Jakby widział w nich coś, czego żaden zwykły śmiertelnik nie mógł dostrzec.
   Był dziwny.
- Jeden z twoich rodziców jest człowiekiem?- zapytała słysząc w swoim głosie ogromną nutę zaskoczenia. Czyżby miłość między człowiekiem, a Aniołem jednak istniała? - To... To...
- Niemożliwe?- podsunął nadal wpatrując się w coraz ciemniejsze niebo. Zganiła siebie za takie myśli, ale biła od niego taka przerażająca, a zarazem fascynująca siła, której chyba  żaden człowiek nie mógłby się oprzeć. Wtedy jeszcze nie wiedziała, czym jest ta otaczająca go aura. - Owszem, możliwe. Pomiędzy ludźmi w związku nie zawsze musi istnieć miłość.- Powiedział to spokojnie, a ona oczekiwała jakiegoś bólu w jego głosie. Niczego takiego nie usłyszała. Przez ten cały czas mówił chłodno i rzeczowo.
- A-Aha- wyszeptała po krótkiej chwili ciszy. Nie mogła sobie wyobrazić jak można się z kimś związać na całe życie, nie będąc w nim zakochanym. Żaden Anioł nie byłby do tego zdolny. A przynajmniej tak jej się wydawało. Uśmiechnęła się ciepło, kiedy powrócił do niej wzrokiem.
 Caleb nie wyglądał jak zimny drań, do których czasami starali się upodobnić mężczyźni ich rasy. To pewnie kilka kropel tej ludzkiej krwi musiało sprawić, że przypominał uroczego łobuza, po którym nigdy nie widać czy żartuje, czy mówi szczerze. Alicia poczuła nieodparte pragnienie poznania stojącego naprzeciwko niej chłopaka. Bo to był pierwszy mężczyzna i to w dodatku prawie człowiek, który wykazał zainteresowanie jej osobą. Nigdy nie była sentymentalną, romantyczną istotą, ale pomyślała, że to wszystko dzięki jej wilczurowi. Jak w filmie- poprzez psa ludzie poznają się i zakochują w sobie.
   Chwila.
   Chyba się trochę zagalopowała.
   Uświadomiła sobie, że wpatruje się w jego twarz z szeroko otwartymi ustami, więc zamknęła je szybko i oderwała się od zimnej ściany.
- Nie opowiedziałaś mi nic o sobie.- Pochylił się i pogłaskał Kelpiego, który męczył go od dobrych kilku minut.
   Ty nie powiedziałeś o sobie prawie nic- chciała powiedzieć, ale zdołała się powstrzymać. Wiedział, że jest Aniołem czystej krwi, można było łatwo to wyczuć. Czego jeszcze chciał się dowiedzieć?
- Nie ma o czym opowiadać.
- Oh, na pewno jest.- Posłał jej jeden ze swoich najlepszych uśmiechów i również przybliżył się o krok. Dzieliło ich kilka centymetrów, ale Alicia i tak poczuła nieprzyjemny ucisk w dole brzucha. Nie zaskoczyłoby jej, gdyby to było przyjemne uczucie, ale to... To bolało. Sprawiało, że miała ochotę zgiąć się w pół i upaść na chodnik. Powstrzymała się od tego całą siłą woli jaką posiadała. Caleb wydawał się tego nie zauważać, chociaż na jej alabastrowej twarzy pojawił się widoczny nawet w ciemności, grymas bólu. - Powiedz mi... kim jesteś.
- Kim jestem?- powtórzyła, a ból zniknął równie szybko jak się pojawił. Skinął delikatnie głową podchodząc do niej jeszcze bliżej. Wyciągnął dłoń- myślała, że chce ją dotknąć i nie wiedziała, czy powinna się bać, czy cieszyć- i zabrał jej z dłoni czerwoną smycz Kelpiego. - Jestem sobą- odparła po chwili namysłu.
- Właśnie- uśmiechnął się delikatnie, wyglądając na dziwnie zadowolonego. Owinął smycz psa wokół swojego nadgarstka i ruszył w kierunku ulicy. Nie miała wyjścia, musiała iść za nim. Kiedy już dorównała mu kroku, odezwał się.- Każda inna osoba powiedziałaby, że jest Aniołem, ale nie ty. Ty powiedziałaś, że jesteś sobą. Człowiekiem. - Mówił to tak, jakby te słowa skierowane były bardziej do niego niż do niej. - Powiedz mi, Alicio... Chciałabyś być człowiekiem?
- Jestem człowiekiem. Żyję jak człowiek.- Ukryła ręce w kieszeniach, nie wiedząc, co ma z nimi robić, kiedy nie trzymała smyczy wilczura. Caleb spojrzał na nią swoim przenikliwym wzrokiem, nie zatrzymując się. Nie była to tylko gra świateł, kiedy dostrzegła w wyrazie jego twarzy kpinę.
- A więc nie wiesz jak żyją ludzie.

             * * *

"Sum 41- Pieces

 Zaczynała czuć coś, co niebezpiecznie przypominało współczucie. Niepotrzebnie drążyła ten temat, zadając mu tyle niepotrzebnych pytań. Jej największa wada, której nie potrafiła się pozbyć- ciekawość- znowu przejęła kontrolę nad jej umysłem. Chciała wiedzieć wszystko, a teraz zaczęła odczuwać wyrzuty sumienia. Pomimo tego, że nie wyglądał na zrozpaczonego, to jednak wiedziała, że cierpiał. Musiał cierpieć. To było niemożliwe, żeby było inaczej. Jeśli jego ojciec związał się z człowiekiem, musiała istnieć jakaś kara. Może wyrzucenie z klanu? Brak możliwości, które posiadały inne Anioły. A Caleb, jako potomek tej dwójki musiał odczuwać to najmocniej. Pomimo wszystko dzieci Aniołów miały pewne udogodnienia, przywileje, a ten chłopak... Nawet jeśli jego rodzina była wyjątkowa, ważna i nie wiedziała jak bardzo niesamowita, to jednak przez błąd jego ojca miał zniszczone życie. Przez błąd? Błędem nazywała jakieś uczucie, które pojawiło się w zimnym sercu Anioła? Bo to musiała być miłość. Jak inaczej wytłumaczyć małżeństwo z człowiekiem? Gdyby ona zakochała się w mężczyźnie o ludzkim pochodzeniu, jej rodzice... Wyrzekliby się jej. Nie miała co do tego wątpliwości.
 Zatrzymał się kilkadziesiąt metrów przed jej domem. Chociaż przez ten cały czas szli obok siebie to jednak Alicia podświadomie prowadziła go w stronę swojego domu. W oddali widać było światła palące się w salonie, w którym zapewne miły wieczór spędzała jej siostra oglądając te swoje meksykańskie telenowele za którymi tak bardzo przepadała. Ale cóż... Ona mogła pozwolić sobie na miłość- nie była takim dziwadłem jak młodsza o trzy lata Alicia.
- Proszę.- Oddał jej smycz, na której uwiązany był Kelpie, tego wieczoru nadzwyczaj spokojny. Twarz chłopaka w świetle stojącej nieopodal lampy, wydawała się jeszcze ciemniejsza niż była w rzeczywistości, a trzeba było przyznać, że Caleb był obdarzony niezwykle ciemną karnacją. Uśmiechnęła się do niego nieśmiało, mrucząc coś, co przypominało podziękowania. - A więc dobranoc- szepnął, chowając ręce do kieszeni spodni. Wyglądało na to, że on także nie wiedział, co z nimi zrobić.
- Dobranoc- odparła podnosząc głowę i przyglądając się jego twarzy.- Miło było cię poznać. - Nie wiedziała czemu, ale roześmiał się słysząc jej słowa. Poczuła, że na jej policzkach pojawiają się czerwone plamy, które chyba jednak były widoczne.
 Przez dłuższą chwilę wpatrywał się w jej twarz bez słowa, a ona nie wiedział, co ma zrobić. Gdyby chciał odejść już dawno by to zrobił, więc na co czekał? Chyba nie oczekiwał, że...? Nie, to było niemożliwe. Ale jego spojrzenie było przepełnione czymś czego nie mogła nazwać, a co jej się bardzo podobało. Jeszcze nigdy w swoim krótkim życiu nie widziała, żeby ktoś miał w swoich oczach tyle uczuć na raz.
- Wiesz...- zaczęła, zupełnie nie wiedząc, dlaczego to mówi.- Jeszcze żaden człowiek nie patrzył na mnie tak jak ty. - Zobaczyła jak na jego twarzy pojawia się szeroki uśmiech, więc wycofała się kilka kroków do tyłu.- Dobranoc- powtórzyła i ruszyła szybkim krokiem w stronę domu. Tylko Kelpie zaskakująco uparcie chciał pozostać przy Calebie.
- Poczekaj!- krzyknął nie odwracając się do niej. Zatrzymała się i spojrzała na niego z przerażeniem i zakłopotaniem wymalowanym na twarzy. - Dlaczego Kelpie? - Dlaczego dała psu tak głupie imię? Wzruszyła ramionami, chociaż on tego nie zauważył. Przez chwilę trwała w milczeniu zastanawiając się nad odpowiedzią.
- Bo miałam jedenaście lat.- odparła, jakby w tych słowach zawarta była cała prawda o niej samej. Ponownie odwróciła się, już nie oglądając się za siebie szybkim krokiem skierowała się w stronę świateł.
- Zła odpowiedź...

 Drzwi zatrzasnęły się za nią z hukiem, kiedy przekroczyła próg domu. Pies już całkowicie wrócił do swojego normalnego stanu i wyczerpany powlekł się w stronę swojego posłania. Dziewczyna wrzuciła bezceremonialnie jego bezcenną smycz do szuflady i zajrzała do salonu. Nie myliła się, kiedy myślała, że największą i najbardziej wygodną sofę w domu, zajmuje jej starsza siostra. Prawie dwudziestoletnia Hilary leżała na kanapie, opierając się o kolorowe poduszki i wpatrywała się w telewizor ze skupieniem. Zazwyczaj była dziewczyną bardzo rozsądną i mocno stąpającą po ziemi, ale kiedy w grę wchodziły latynoskie seriale, dostawała wariacji. Nawet nie odwróciła się, kiedy siostra weszła do domu.
 Alicia przeszła przez salon i skierowała się schodami na górę. Potrzebowała teraz samotności. Samotności w tamtej chwili potrzebowała bardziej niż kiedykolwiek. Nie wiedziała tylko, że w przyszłości będzie na nią wręcz skazana. Dosłownie wbiegła do swojego pokoju i zamknęła cicho za sobą drzwi. Podejrzewała, że rodzice wyszli z domu, ale wolała nie ryzykować. Położyła się na łóżku i zaczęła wpatrywać w biały sufit, który musiał, po prostu musiał uspokoić jej serce i doprowadzić myśli do porządku. Westchnęła ciężko, co nie często jej się zdarzało i nagle poczuła uderzenie smutku, które wstąpiło w nią niczym niespodziewany gość, którego nie chcemy przyjąć, ale musimy. Z grzeczności. A Alicia była niezwykle uprzejma.
 Bo do głowy przyszła jej myśl, że to może się nie sprawdzić. Ileż razy wyobrażała sobie, że któryś z tamtych chłopaków się w niej zakocha, a oni tego nie robili? A jeśli zaczynali coś do niej czuć, to ona ich odrzucała. W sposób dziecinny, pozbawiony taktu i dojrzałości emocjonalnej. Po prostu przestawała zwracać na nich uwagę. Nie chciałaby, żeby z Calebem również tak było. On był Aniołem- i to jeszcze jakim wyjątkowym- więc mógł ją zrozumieć. Tylko czy będzie tego chciał? Postanowiła, że nie będzie robić sobie złudnych nadziei. Będzie, co ma być. Jeszcze przecież się nie zakochała, a jutro chłopak może okazać się zupełnie inną osobą.
 Z trudem ściągnęła z siebie conversy i resztę ubrań jaka jej pozostała i nie siląc się na doczłapanie do szafy po piżamy, wsunęła się pod pościel i zasnęła snem kamiennym.

Godzina 21:23
  Zaczęła śnić. Jej oddech był równomierny i spokojny. Pierwszy raz w życiu śniła.

Godzina 21:31
 Sen przemienił się w koszmar. Jej pierwszy koszmar.
Czuła na swojej skórze czyjś dotyk, który zdawał się palić jej ciało, a wraz z nim jej wnętrze. Myślała, że będzie odczuwać zewnętrzny ból, ale on pojawił się wewnątrz. W miejscach o których istnieniu nie miała nawet pojęcia.

Godzina 21:37
 Obudziła się.

 Wyprostowana usiadła na łóżku, przeczesując długimi palcami włosy, które zwijały się w uciążliwe pukle. Czuła na swoim czole krople potu, który spływał z niemalże po całym jej ciele. Za nic nie mogła przypomnieć sobie snu, ale wiedziała, że śniła. Była tego bardziej niż pewna. A Anioły nie śnią. Anioły nie wiedzą co to marzenia senne. Wiele razy na to narzekała, ale tej nocy wszystkie dziecięce pragnienia związane z nocnymi podróżami ulotniły się. Pękły jak bańka mydlana.
 Kiedy Alicia była dzieckiem, słyszała rozmowy rówieśników i zazdrościła im wielu rzeczy. A kiedy dorosła zaczęła rozumieć, że oni marzą o byciu kimś takim jak ona. Co za zabawny zbieg okoliczności. Ona chciała być nimi, a oni nią. W niektórych momentach swojego życia, zamieniłaby się z nimi bez namysłu. Ale teraz już sama nie wiedziała, co ma myśleć.

         * * *
 Nie chcesz powiedzieć, że jest ich więcej.- W niewielkim, ciemnym pomieszczeniu dwójka mężczyzn usłyszała głos tego najmłodszego, który jednocześnie był jednym z ich najważniejszych łączników ze światem zewnętrznym. Z powodu niebezpieczeństwa jakie czyhało na nich na powierzchni ziemi, nie opuszczali swoich czterech ścian, które prawdopodobnie dorównywały im wiekiem.
- Niestety- odparł najstarszy z nich. Siedział w jednym z szkarłatnych foteli, a jego długie, siwe włosy opadały mu na kościste ramiona. - Podejrzewaliśmy, że w końcu mogą się ujawnić, ale nie spodziewaliśmy się, że tak szybko. Od ostatniego wyjścia minęło zaledwie dziewiętnaście lat- to zdecydowanie za szybko.
- I są ich setki, jeśli nawet nie tysiące.- Mruknął blondyn, podnosząc się z krzesła na którym siedział i zaczął krążyć dookoła drewnianego stołu- jednego z niewielu mebli w tym pomieszczeniu. Założyciele tego domu mieli na uwadze stworzyć miejsce, do którego nie przedostanie się żaden człowiek, ani żadna istota nadludzka. Jedyną drogą do środka było zaproszenie lub wręcz rozkaz. Taki rozkaz tego wieczoru otrzymał mężczyzna.
- Nie przesadzajmy- starszy Anioł uśmiechnął się pobłażliwie do bratanka. Czasami syn Abelarda miał skłonności do przesady i pewnego rodzaju dramatyzowania. Jednak jego zaletą było to, że szybko potrafił doprowadzić się do porządku. Może to sposób wychowania jaki stosowali jego rodzice go tego nauczył? A może to po prostu wewnętrzna siła? Nie czas się nad tym zastanawiać- pomyślał i oparł głowę, która wydawała się nadzwyczaj ciężka, na dłoń, wpatrując się błękitnymi oczyma w młodszego od siebie mężczyznę. - Setki. Setki w zupełności nam wystarczą- szepnął.
- I co zrobimy?
- Będziemy przygotowywać się do walki- odpowiedział drugi siwiejący Anioł. - Ale pod żadnym pozorem nie zaatakujemy pierwsi.- Spojrzał na swojego przyjaciela, który skinął zdecydowanie głową.- Nie wiemy jakie mają zamiary.
- Jak to nie wiemy jakie mają zamiary?- wybuchł potomek jednego z nich. Na jego twarzy odmalowała się wściekłość, którą jednak zdołała opanować. Unoszenie się w towarzystwie starszych było zakazane, nawet jeśli jednym z nich był jego przyszywany dziadek. - Chcą nas zniszczyć. - Tym razem jego głos był spokojny, a słowa idealnie dobrane.
- Zapewne tak, ale nie mamy pewności. Nie możemy zaatakować pierwsi. Nie mamy wystarczających sił.
- Racja- mruknął zrezygnowany. Już dawno minęły czasy, kiedy jedynym jego priorytetem była wojna. Miał już czterdzieści cztery lata, do diaska, był dorosłym mężczyzną. Odpowiedzialnym przede wszystkim, a nie zbuntowanym przeciwko całemu światu siedemnastolatkiem.

 Po kilku pożegnalnych frazesach skłonił się nisko i wyszedł z pokoju, zostawiając za sobą uchylone drzwi. Odchodząc słyszał jeszcze szepty Starszyzny, które jednak były dla niego niezrozumiałe, a nie chciał być nieuprzejmy. Uśmiechnął się do siebie smutno, rozmyślając nad tym jak czas zmienia ludzi.