ROZDZIAŁ I

           
   W ostateczności nawet diabeł w swym piekle woli mieć grzeczne i posłuszne aniołki.”

W. Grzeszczyk
      





      Wierzysz w Anioły? Wierzysz w istoty silniejsze i potężniejsze od ciebie, które jednak muszą składać ci cześć? Muszą cię chronić i dbać o ciebie, bo ty jesteś za słaby, żeby cokolwiek zrobić. Czyżbyś im zazdrościł? Ich piękna, odwagi, bystrości umysłu i siły... Czyżbyś chciał być taki jak one? Nie chciałbyś. 

            Gdybyś był, byłbyś znienawidzony.

            Była Aniołem. Była najpiękniejszą dziewczyną jaką widział ten przeklęty, zakłamany świat, chociaż nie wyróżniała się urodą zewnętrzną. Była bardziej niewinna i czysta niż jakakolwiek inna istota żyjąca w tym stuleciu. Ludzie mijali ją na ulicy i nie potrafili się powstrzymać przed spoglądaniem na nią, a wewnątrz siebie czuli wzrastające ziarnko zazdrości i jednocześnie podziwu. Bo oni wiedzieli, że nigdy nie będą tacy jak ona, chociażby mieli dla tego zabić. Niektórzy zabijali. Nie dla niej, ale dla istot podobnych do niej. Dla upadłych Aniołów.
 Alicia Everill wiedziała jaką władzę ma nad ludźmi, ale nigdy jej nie wykorzystała. Chociaż jej przodkowie zostali wypędzeni z Nieba, ona urodziła się i wychowała na ziemi. Kierowały nią ludzkie pragnienia i kusiły ziemskie przyjemności. Jedyną różnicą między nią, a jej rówieśnikami było to, że ona nie dała się skusić. Miała wewnętrzną umiejętność rozpoznawania choćby najmniejszego zła i to było czymś, co nigdy nie przeszkadzało jej w dotychczasowym życiu. Czasami okazywało się nawet pomocne- nie wpakowywała się w różne, nieprzyjemne sytuacje, chyba, że bardzo tego pragnęła. A rodzice tego nie rozumieli. Nie mogli pojąć, że jest rozsądną dziewczyną i ryzykuje tylko wtedy jeśli wie, że to jej nie zniszczy. A poza tym daje sobie radę. Zawsze. Zazwyczaj. Czasami.
- Zrobił to!- usłyszała obok siebie piskliwy głos i zerknęła na blondynkę. Jej złote loki wirowały wokół głowy, niczym anielska aureola. Alicie rozśmieszyło to stwierdzenie-  uśmiechnęła się do przyjaciółki, słuchając jej pisków. - Zaprosił mnie!
 - Kto? - zapytała spokojnie. Nigdy nie mogła zrozumieć jak niektórzy ludzie mogą tak emocjonalnie reagować na takie rzeczy jak kontakty damsko-męskie. Jako potomkini anielskiej dynastii, Alicia była "odporna" na miłość do śmiertelników. Jej przeznaczeniem było związanie się kimś, u kogo w żyłach płynie błękitna krew. Dosłownie. To był jeden z problemów z jakimi upadłe Anioły musiały żyć na ziemi. Ich krew była błękitna niczym niebo, gdy anioł został zraniony z jego rany wypływała szkarłatna krew, które z czasem zmieniała kolor na niebieski. Między innymi z tego powodu Alicia i jej rodzeństwo urodzili się w domu.
- Mark!- wrzasnęła, unosząc oczy ku niebu, jakby dziękowała bogom za ten cud. Bogowie... Alicia nie wiedziała ilu ich jest i jacy są. Wiedziała tylko, że gdy przekraczała próg kościoła, nie czuła nic prócz znudzenia. Kiedy wpatrywała się w bogato zdobiony ołtarz, w żołądku czuła skurcze i często niewiele brakowało, żeby zwracała swoje śniadanie. Nienawidziła blichtru, kościołów wyciągniętych z okresu baroku. Jeśli chodziło o budowle sakralne, bardziej przypadały jej do gustu świątynie protestanckie. Prostota i skromność- to lubiła u innych, chociaż ją samą można nazwać osobą odrobinę ekstrawagancką. I silną. Miała mocny charakter odziedziczony po przodkach, o których uczyła się, gdy była mała. Rodzice, głównie tata, twierdzili, że wiedza o historii swojej rodziny jest bardzo ważna, jeśli nie najważniejsza. Tak więc Alicia znała losy swoich przodków dokładnie od trzynastego wieku, kiedy to osiedlili się w Wielkiej Brytanii- wcześniejsze wydarzenia nie są nikomu znane. Wiele rodzin pochodzenia anielskiego znają historię swojej rodziny właśnie do trzynastego wieku. Może to czas, kiedy zostali zesłani na ziemię, a może po prostu od tamtej pory postanowiono dokumentować ich życie. Nikt tego nie wiedział, a niektórzy nawet nie chcieli wiedzieć. Przyszywana kuzynka Alicii nie wiedziała nawet jak nazywał się jej pradziadek i tego czasami dziewczyna jej zazdrościła. Bo kiedy opowiadała w szkole o przeszłości rodziny Everill, albo jej nie wierzono, albo zazdroszczono. Oba przypadki był nieco frustrujące.
- Wczoraj wieczorem zadzwonił do mnie i zaprosił mnie na bal. Był chyba trochę zestresowany, ale w końcu to z siebie wyrzucił. Czy to nie cudowne?- Okręciła się wokół własnej osi, aż jej pomarańczowa spódnica zawirowała wokół jej drobnego ciała. Sukienki, makijaż, bale- to pasowało bardziej do słodkiej i odrobinę próżnej Lucy, niż do zbuntowanej, walecznej  Alicii. A walczyła o wszystko, a przede wszystkim o wolność. Pomimo uwag konserwatywnych rodziców, konserwatywnej przyjaciółki i konserwatywnych nauczycieli, nadal pozostała zatwardziałą zwolenniczką wolności. Jeżeli tak się zastanowić to cały otaczający ją świat był przeciwko niej.
- Świetnie- mruknęła, przekraczając próg szkoły. Liceum do którego uczęszczały obie dziewczyny było ogromnym, dwupiętrowym budynkiem, zbudowanym prawdopodobnie pod koniec dziewiętnastego wieku, w którym każdy nastolatek był traktowany jak... Jak zwyczajny nastolatek. Znalazłoby się kilku zbuntowanych, z którymi Alicia nie miała żadnego kontaktu i chyba nie chciała mieć, bo jej bunt był całkowicie indywidualny.
- Oj, nie bądź taka ponura.- Przyjaciółka delikatnie klepnęła ją w ramię, kiedy ta otwierała swoją szafkę. - A ty, z kim idziesz?- zapytała umyślnie. Czasami Lucy potrafiła być naprawdę wredna, ale na szczęście w przypadku Alicii, zdarzało się to bardzo rzadko, najczęściej w chwilach prawdziwego szczęścia dziewczyny.
 Lucy doskonale wiedziała, że jej przyjaciółka nie ma zamiaru nawet przekroczyć progu sali balowej. Po części dlatego, bo uważała, że ma bardziej wysublimowany gust i nie pasuje do otoczenia ludzi, którzy litrami spożywają poncz "bezalkoholowy". Drugim powodem był fakt, że nie miała z kim iść. Ze względu na swoje pochodzenie i fakt, że nie zakocha się w żadnym ludzkich mężczyźnie, nie miała chłopaka od... Praktycznie od zawsze. Każdy w maksymalnie drugiej godzinie rozmowy tracił u niej zainteresowanie. Owszem, podobali jej się pod względem fizycznym, ale co z tego jak i tak byli śmiertelni nudni? Nudni i zbyt pospolici dla Anioła. W takich chwilach żałowała, że urodziła się jako mistyczna istota. Miała prawie siedemnaście lat, a czuła się jak dziesięciolatka.
- Z nikim nie idę, już ci mówiłam.- Zamknęła z trzaskiem pomarańczowe drzwi szafki, których kolor zlewał się z kolorem spódnicy Lucy.
- A-Aha.- Przez chwilę wydawało jej się, że słyszy w głosie dziewczyny nutę zakłopotania, ale to minęło w chwili, gdy na jej twarzy pojawił się szeroki uśmiech. Odwróciła się i pomachała do kogoś stojącego na końcu korytarza. Mark.
 Cieszyła się, że Lucy jest zakochana i przede wszystkim szczęśliwa, ale w głębi duszy czuła coś, co przypominało zazdrość. "Będziecie zazdrościć ludziom, tak jak nimi gardziliście." W swoim nastoletnim życiu spotkała już wielu upadłych Aniołów płci przeciwnej, ale żaden z nich nie wykazał zainteresowania jej osobą. Dlaczego? Bo była inna. Chciała być wolna od anielskich zasad, po prostu być sobą. Nie każdy to rozumiał. Jej brat, Cedric był zbuntowany, ale nigdy nie odważyłby się sprzeciwić rodzicom tak jak robiła to ona. Michael- jej jedyny przyjaciel, jeśli mogła go tak nazwać, starał się ją zrozumieć, ale nie wychodziło mu to najlepiej. Znowu wychodziło na to, że jest sama. Jedyny taki odmieniec w świecie nadnaturalnych.

        * * *

             Kelpie!- krzyknęła, kiedy ogromny wilczur biegł w jej stronę, ślizgając się na lśniących panelach. Zatrzymał się milimetr przed jej nogami i zaczął obwąchiwać bezczelnie. Pogłaskała go delikatnie, tak jak lubił, i roześmiała się zadowolona. Nie żeby była zdesperowana, ale Kelpie był najlepszym facetem na świecie. Wyprostowała się i ruszyła powolnym krokiem w stronę schodów.
 Dom rodziny Everill w Londynie należał do nich od zaledwie kilku lat, kiedy to przeprowadzili się do miasta z Bristolu, którego Alicia prawdę mówiąc w ogóle nie pamiętała. Zdołała zatrzymać tylko wspomnienie z dnia, kiedy zabrali Kelpiego z schroniska. Miała wtedy jedenaście lat i od razu znienawidziła swój dom. Nowoczesny, z licznymi oknami, które zaczynały się przy podłodze, a kończyły na piętrze, metalowe schody i dużo zimnych kolorów. Modernistyczny dom z marzeń jej rodziców. Tylko dlaczego nikt nie zapytał jej o zdanie? Bo była dziewczyną. Pomimo tego, że żyli w dwudziestym pierwszym wieku i nawet ich poglądy uległy drastycznej zmianie to jednak mężczyźni nadal byli faworyzowani. Nawet u Aniołów to oni byli silniejsi. Jednak nie zawsze bardziej bystrzy. A braku inteligencji i sprytu Alicii nie można było zarzucić. Wszystko tylko nie to.
- Wróciłaś już?- usłyszała niski głos ojca, który wychodził ze swojego gabinetu. Wysoki, szczupły, dobrze zbudowany mężczyzna przed pięćdziesiątką spojrzał na córkę znad plików papierów, które trzymał w dłoni. Bycie biznesmenem chyba nie wychodzi człowiekowi na dobre, kiedy nawet rozmawiając z córką, musi zaglądać do dokumentów.
- Yhym... Jest jeszcze ktoś w domu?- zapytała nie bardzo wiedząc jak zachowywać się w towarzystwie ojca. Sprawiał wrażenie groźnego i nieprzystępnego i chociaż czasami zdobywał się na jakieś formy czułości, zdarzało się to bardzo rzadko. Przez ostatnie kilka lat prawie w ogóle. Alicia nie mogła pojąć jak taki człowiek mógł związać się z jej matką, która pomimo swoich wad, jest jedną z najmilszych i najbardziej ciepłych istot na świecie. Nastolatka nie wierzyła w to, że przeciwieństwa się przyciągają. Może bardziej podobieństwa. No bo jak wyjaśnić fakt, że jeszcze nie znalazła "idealnego" chłopaka? Każdy z nich był jej kompletnym przeciwieństwem.
- Cedric jest chyba w swoim pokoju- mruknął cofając się powoli w stronę białych, dwuskrzydłowych drzwi swojego gabinetu.
- Chyba...- szepnęła z pogardą, krocząc szybciej niż dotychczas schodami na górę. Nie wiedziała, czy tata pozostał w miejscu, w którym go zostawiła, czy zniknął w swoim gabinecie i w tamtej chwili niewiele ją to obchodziło. Mijała trzecia, a ona miała jeszcze tak wiele rzeczy do zrobienia.

 Po siódmej, kiedy już wszyscy byli w domu, znalazła smycz Kelpiego, który ukrył ją pod stertą rzeczy do prania i wyszła z nim na wieczorny spacer. Pies nie był zwolennikiem ruchu na świeżym powietrzu i najchętniej przeleżałby w domu całe swoje psie życie, na co nie mogła pozowlić.
 Spacerowali bocznymi uliczkami Londynu, który nadal był zaludniony, a powietrze było względnie ciepłe. Tylko pogoda się pogorszyła. Alicia zapięła pod samą szyję czerwoną bluzę A&F i zacisnęła mocniej dłoń na smyczy wilczura, który nagle zaczął się wyrywać. Szczekał na tyle głośno, żeby ludzie zaczęli zwracać na nich uwagę.
- Niech cię szlag, Kelpie- powiedziała ostro, kiedy już naprawdę nie potrafiła utrzymać go na smyczy. Wiedziała, że tylko sekundy decydowały o tym, czy się jej wyrwie. Zaczęła nucić jedną z piosenek Abby, które zawsze uspokajały psa i ten rzeczywiście zastygł w bezruchu. Ale to była tak zwana cisza przed burzą. Nagle wyrwał się jej z siłą o którą nigdy go nie podejrzewała i pobiegł przed siebie z zniewalającą szybkością. Nie miała wyjścia- musiała biec za nim.
 Dotarła do niego, dopiero przy jednym ze ślepych zaułków. Zatrzymał się i zaczął wpatrywać się w ciemność, nasłuchując odgłosów wydobywających się z mroku. Alicia również nadstawiła ucha i chociaż słuch miała o wiele lepszy od większości śmiertelników, to jednak niczego nie usłyszała. Ale pies najwidoczniej tak, bo zaczął niepewnie kroczyć w głąb zaułku. Stała i patrzyła niepewna, co ma robić. Zdecydowała, że będzie czekać, aż psa wystraszy jakiś szczur i wróci do niej z podkulonym ogonem. Tak się jednak nie stało. Mijały sekundy, minuty, a Kelpie nadal nie wracał. Wyciągnęła z kieszeni jeansów komórkę i przyświeciła nią sobie drogę. Zrobiła kilka kroków naprzód i zobaczyła niesamowity widok. Kelpie siedział spokojnie przed jakimś człowiekiem i pozwalał się głaskać. Kelpie, który warczy na każdego obcego, który się do niego zbliży? Bała się zamknąć oczy i otworzyć je z powrotem, żeby przekonać się, że to sen, więc tylko podeszła bliżej. Światło z komórki padło na głowę mężczyzny, która chwilę potem uniosła się i Alicia mogła się przekonać, że to młody chłopak, niewiele starszy od niej.
- Witaj aniele...