ROZDZIAŁ IV


„Czy możesz mi powiedzieć dlaczego tu jestem i słucham rzeczy zza mojej głowy?
Słucham rzeczy których nigdy wcześniej nie słyszałem. 
Rzeczy których myślałem, że nigdy nie usłyszę przypuszczam, że nigdy nie są takie same."

Linkin Park





          Grzech towarzyszy nam od zawsze, od naszych narodzin. Zastanawiałeś się kiedyś jak to było, kiedy otworzyłeś swoje niebieskie oczy i dotarło do ciebie, że nie powinieneś się narodzić? Bo to grzech... Tak na dobrą sprawę to każdy nasz ruch jest złem i ze wszystkiego musimy się spowiadać. Jedni to widzą - czasami aż zbyt przesadnie - a inni bagatelizują. Leżysz samotnie na białej pościeli, wpatrując się w biały sufit i już za to będziesz sądzony, bo trwonisz czas. Wstajesz z tego przeklętego łóżka, bo... Bo już ci się znudziło. A więc podnosisz się i idziesz. Ale podążasz złą drogą.

         *

 Alicia była osobą, która wszystkie grzechy innych traktowała jako nieświadome wybryki, coś, co kiedyś zostanie im wybaczone. A ona? Wiedziała, że każdy jej oddech jest usilną walką o przetrwanie w świecie objętym nienawiścią i sztuczną grą ze słabymi aktorami, na deskach podrzędnego teatru. Jej grzechy? Owszem, była świadoma tego, że nie jest do końca dobra, że sprzeciwiając się swojej rodzinie czyni źle, ale... Czy jej te drobnostki zostaną wybaczone? Nie. Była upadła i mogła tylko marzyć o wiecznym życiu w Niebie, posiadała swój kilkudziesięcioletni żywot tu, na ziemi i to musiało jej w zupełności wystarczyć. Jej pasowało. A innym?
- Jesteś dziwny- mruknęła po raz trzeci w ciągu ostatnich kilku minut. Powtarzała ten monolog do czasu, kiedy westchnął ciężko i spojrzał na nią ponurym wzrokiem. Nie przepełnionym bólem, nie wesołym, po prosty mrocznym, poważnym spojrzeniem zielonych oczu. Siedział oparty o sofę, reagując na każdy ruch kogokolwiek, kto chciał się do niego zbliżyć. Instynkt samozachowawczy, którego ta dziewczyna chyba nie posiadała.
- Dlaczego?- zapytał.- Bo różnię się od tych twoich przeklętych przyjaciół? Bo nie jestem tchórzem? Bo oni nigdy nie przekroczyliby progu tego klubu? - Mówił powoli i spokojnie, ale wyczuwała w jego głosie nutę... Groźby? Wściekłości? - A może, dlatego bo nie jestem normalny?- dodał.
- Nie o to mi chodziło.- Kierowana wyrzutami sumienia, zbliżyła się odrobinę do niego, chociaż nadal siedziała wyprostowana niczym struna, nieufne zwierzę gotowe do ucieczki. - Jesteś całkowicie normalny. To, że nie jesteś w pełni Aniołem nie oznacza, że jesteś gorszy. - Zauważyła, że mówi jak psycholog, który siedzi naprzeciwko swojego pacjenta, którego tak naprawdę nienawidzi, ale musi spędzać z nim tą godzinę tylko, dlatego ponieważ mu za to płacą. Wpatrywała się w jego twarz, przestając zwracać uwagę na głośną muzykę, której nie lubiła i tłum ludzi, który czasami zerkał w ich stronę. Na chwilę jego twarde rysy twarzy złagodniały, ale to wrażenie szybko zniknęło. Wyprostował się i odwrócił wzrok.
- Ty to powiedziałaś.- Podniósł się i zasłonił lożę cienką, czarną zasłoną, dzięki której nie musieli czuć na sobie wzroku innych istot. Nie odezwała się, chociaż on każdym spojrzeniem ją do tego prowokował. Roześmiała się cicho, zastanawiając się nad absurdalnością tej sytuacji. Boże, kimże ona była, że tak ją karał? Upadłym Aniołem. Kimś kogo nie chcieli nawet w Niebie.
- Nawet nie wiesz jakie masz szczęście.- Odparła w końcu czekając na jakąkolwiek reakcję z jego strony. Ale nic nie zmieniło się w jego postawie. Westchnęła ciężko i kontynuowała.- Jesteś człowiekiem, masz prawo wyboru, wolność.
- Nie jestem człowiekiem. - Nadal stał nad nią, z zamglonym wzrokiem, który wydawał się nie mówić nic.
- Ale nie musisz przestrzegać zasad. Ciebie nie wyrzucili z Nieba za nieposłuszeństwo.- Przypomniała mu. Wstała a odległość między nimi zmniejszyła się, co działo się za każdym razem, kiedy Alicia zaczęła "wciągać się" w rozmowę. Zbliżyła się do niego, wpatrując się uparcie w ludzką twarz, mrużąc lekko oczy.
- Ciebie też nie.- Odpowiedział. Skinęła głową w zamyśleniu. Owszem, jej nie, ale to na niej spoczywało piętno Upadłego Anioła. Ona musiała płacić za grzechy przodków. Czy to sprawiedliwe? Nie. Ale kto powiedział, że Bóg jest sprawiedliwy? Cała ludzkość w to wierzyła, ale czy było to prawdą? Może i tak... Może ta sprawiedliwość dotyczyła tylko ludzi? Nie wiedziała. Nikt nie wiedział. Bo czasami lepiej żyć w nieświadomości.
- Ale ty nie płacisz za błędy innych.- Wypowiedziała na głos swoje myśli. Przez chwilę- kiedy jego oczy pociemniały- pomyślała, że popełniła ogromny, niewybaczalny błąd wypowiadając te słowa, jednak to uczucie zniknęło wraz ze słowami chłopaka.
- Ale muszę płacić za swoje. A ty... Jeszcze nie zrozumiałaś, że pomimo wszystko nadal jesteś Aniołem? Nikomu niepotrzebnym Upadłym Aniołem.- Zabolało.- Ale nadal Aniołem. Może nawet lepszym. - Uśmiechnęła się tak jakby litowała się nad jego naiwnością. Nienawidził tych gestów, chociaż one tak naprawdę przemawiały za głupotą ich właścicieli. Podniósł się z sofy i stał teraz nad nią prezentując się w całej swej okazałości.
- Nie jestem lepsza.- Powiedziała spokojnie, chociaż jego słowa sprawiły jej pewną przyjemność, zwłaszcza że wiedziała, że są szczere. Bo Caleb był szczerą, prawdziwą aż do granic wytrzymałości istotą. Przynajmniej tak wtedy sądziła.
- Skąd masz pewność?
- Bo nie ma lepszych i gorszych.- Odparła dyplomatycznie, zgodnie ze swoimi przekonaniami. Pomimo wszystko wychowano ją w rodzinie, w której nie było podziałów, wysłano do szkoły, gdzie ich także nie było, więc... Wierzyła uparcie w to, co przekazywali jej rodzice? Zamyśliła się, tracąc Caleba z oczu. Jeżeli miałaby się nad tym zastanawiać, to właściwie całe jej życie- każdy jej ruch- był kontrolowany przez rodziców. Nawet dzieliła z nimi pewne przekonania, posiadała ich cechy charakteru. A więc mylił się... Była upadłym Aniołem, który jest tak samo niezwyczajnie zwyczajny jak inni.
- Ja jestem lepszy.- Na jego twarzy zaigrał uśmiech. - I ty też jesteś, tylko że nie chcesz tego zrozumieć. - Roześmiała się głośno, kiedy zmienił taktykę i jakby zapominając o całej rozmowie, poprowadził w tłum.
 Zatrzymali się na środku sali, a przynajmniej tak jej się wydawało. Muzyka stała się głośniejsza i bardziej trudna do zniesienia, ale Caleb się tym nie przejmował. Był stworzony do takich warunków, a ona nie. Łomot, który trudno było nazwać muzyką, wdzierał się do jej uszu, a żołądek zaczął wywracać koziołki. Nie było to wyjątkowo przyjemne.
- Nie potrafię tańczyć!- Krzyknęła. Rozejrzała się dookoła, zatrzymując wzrok na każdej parze, która znajdowała się w pobliżu i serce zaczęło walić jej jak oszalałe. Już na pewno nie potrafi TAK tańczyć. Jeśli jakaś- mocno nieletnia- dziewczyna nie ocierała się o swojego partnera, to niemalże na nim wisiała, wykonując dziwne gesty. Caleb widząc jej zażenowanie roześmiał się, a jego rozbawienie udzieliło się jednemu z mężczyzn stojącemu nieopodal. Jej wcale nie było do śmiechu. Może i przestała czuć się tak jakby spędzała czas w towarzystwie pięćdziesięcioletniego faceta, ale ten stan rzeczy również jej się nie podobał. Bo stała naprzeciwko dziwnego- owszem niezwykle pociągającego, ale nadal dziwnego- nastolatka... Stop. Młodego mężczyzny. Mniejsza o to. Była z człowiekiem, który na szkolnym balu zrobiłby furorę. Ba! Dziewczyny padłyby na miejscu, gdyby wszedł do sali, ale do diabła... On był teraz z nią. A ona była inna. Alicia zdecydowanie różniła się od dziewczyn, którymi zazwyczaj się otaczał i on doskonale o tym wiedział. Sprawiało mu to chorą przyjemność.
- Poradzisz sobie!

Poradzisz sobie, bo jesteś silna?
Poradzisz sobie, bo ja jestem z tobą?
Nie...
Poradzisz sobie, ponieważ nikomu innemu się to nie udało.

Linkin Park- "Given Up"

 Po kilku minutach stwierdziła, że to jednak nie jest takie trudne. Chociaż na pewno wyróżniała się z tłumu ludzi, którzy traktowali klub, jakby to była to ich sypialnia, ale dawała radę. Uśmiech nie znikał z jej twarzy, kiedy jedna piosenka kończyła się, a dźwięki innej zaczynały wypływać z głośników. Kątem oka zerknęła na stanowisko DJ'a- jak sądziła jednego z nadprzyrodzonych- który był tak pochłonięty swoim zajęciem, że nie zauważał niewielkiego tłumu młodych kobiet o różnokolorowych pasmach włosów, które niemalże przylegały do szyby oddzielającej mężczyznę od tańczących. Alicia już wiele razy w świecie śmiertelników spotykała się z takim zachowaniami i pomimo tego, że napawało ją to swoistym obrzydzeniem, to jednak zdołała się przyzwyczaić. Zachowanie istot w klubie, zwłaszcza demonów, było po prostu obsceniczne. Nastolatka czuła się jak zakonnica, zwłaszcza że jej strój był najbardziej skromny. Nawet niektórzy mężczyźni byli półnadzy. Zniechęcona tym widokiem ponownie spojrzała na Caleba, który przestał tańczyć i skierował się w stronę baru.
 Zajęli wolne miejsca, a chłopak zamówił coś, czego nazwy znowu nie zdołała zapamiętać. Swoją drogą, gdzie podziały się wcześniej zamówione drinki?
- Skąd znasz to miejsce?- zapytała, kiedy już całkowicie zwrócił na nią swoją uwagę. I znowu widziała w nim to coś, czego powoli zaczynała się bać, jednak ta tajemniczość owego "czegoś" również ją fascynowała. Zaintrygował ją całym swoim jestestwem, którego zawsze tak unikała. Może to prawda, że kobiety preferują zimnych drani? Ale Caleb nie był zimny. Może odrobinę niedostępny, tajemniczy, sprawiający wrażenie niebezpiecznego i zdecydowanie starszego, ale na pewno nie był chłodny. Jeśli nawet tak wyglądał to podejrzewała, że było to tylko maską pod którą ukrywał swój ból. Bo do diabła- powtarzała to w swojej głowie od kilkunastu minut- on był lekceważony przez Aniołów. Ale z kontaktami z innymi istotami widocznie nie miał większych problemów. Może ich fascynował tak samo jak ją?
- Kontakty.- Odparł tajemniczo i podał jej kieliszek z zielono-żółtym trunkiem. Alkohol? Może i nie mogła się upić, jednak zapach każdy wyczuje od razu. Przez chwilę przyglądała się niepewnie zawartości kieliszka, ale skończyło się na tym, że wzruszyła pogardliwie ramionami i upiła z niego odrobinę. Był słodki, ale nie przesadnie. Idealny.
- Zadajesz się z tymi ludźmi?- Nadal drążyła. Postanowiła pozostać przy określeniu "ludzie", gdyż było ono dla niej takie normalne- zwyczajne.
 Przez chwilę przyglądał jej się w milczeniu z zmienionym wyrazem twarzy. Starała się, żeby w jej słowach nie było słychać pogardy, ale jednak jej się nie udało. Wstrzymała oddech, czekając na jego odpowiedź. Czyżby zaczynała się go bać?
- Jestem jednym z nich.- Widząc jej szeroko otwarte oczy, dodał:- Oni są wyrzutkami i ja także jestem odrzucony. Prosta logika.
- Oni są niebezpieczny. I... - Zastanawiała się, czy jej słowa nie zabrzmią nieodpowiednio, jednak kiedy spojrzała na ludzi z którymi zadawał się Caleb, stwierdziła, że wszystko, co dla niej jest wstydliwe, dla niego jest czymś normalnym. - Ja nikogo nie odrzucam. - Zrezygnowała z innej formy informacji, jaką go obdarzyła.
- Myślisz, że ja jestem bezpieczny?- szepnął, sprawiając, że po jej ciele przebiegły dreszcze, których nie potrafiła zinterpretować. Przyjemność mieszała się tej nocy ze strachem. - Jestem wyrzutkiem, a oni muszą sobie jakoś radzić. A poza tym...- Pochylił się nad nią tak, że czuła jego oddech na swojej szyi. Jeżeli wcześniej nie oddychała, to w tej chwili uchodziło z niej powoli życie. Jakoś nie potrafiła odchylić się do tyłu i powstrzymać go przed... Przed czymś, co zamierzał zrobić. A przynajmniej wydawało jej się, że zamierzał, bo nagle ogromny cień zasłonił światła neonów. Mogłaby przysiąc, że usłyszała wydobywające się z ust Caleba westchnienie, ale zobaczyła tylko jak unosi głowę i przygląda się ze wściekłością dwumetrowemu mężczyźnie stojącemu nad nimi.
- Marcus...- Mruknął, niechętnie wypowiadając to imię. Alicia nadal lustrowała wzrokiem demona- bo to czystej rasy Aniołów na pewno nie należał- nie zwracając uwagi na spojrzenie jakim obdarzał go jej towarzysz. W jednej chwili mogłaby wyczuć napięcie między nimi, które rosło z każdą sekundą ciszy.
 Marcus był naprawdę przerażający- nawet jak na demona. I nie sprawiał to tylko jego wzrost, czy szerokie ramiona. W jego postawie było coś, co ostrzegało, żeby się do niego nie zbliżać. Serce podskoczyło jej do gardła, tylko po to, żeby potem wrócić na swoje miejsce i odbić się z powrotem do góry- próbowało chyba uciec przed demonem. Jego ciemne, niemalże czarne oczy, spoglądały teraz na nią, jakby chciały przebić ją na wylot. Przełknęła swoje serce i jęknęła cicho, cofając się do tyłu, tak, że wpadła na blat baru. Niemalże na nim siedziała. Co ją najbardziej przerażało prócz oczu? Czarne, długie włosy, które prostymi pasmami opadały swobodnie na plecy okryte czarną koszulą. Kilka guzików było odpiętych, jakby specjalnie po to, żeby potencjalna ofiara widziała idealny zarys jego mięśni. Marcus mógł zrobić jej krzywdę i zapewne nie zawahałby się tego uczynić. Po chwili na jego twarz wypełzł szatański uśmieszek, którym mówił- a przynajmniej tak podejrzewała, bo pierwszy raz widziała na żywo demona- "wiem kim jesteś". A kim była? Jego wrogiem. Alicia uczyła się o wojnie między demonami, a Aniołami, która zakończyła się kilkanaście lat temu. I chociaż teraz panował względny spokój to zdradzieckie demony w każdej chwili mogły zaatakować.
- Ona się ciebie boi.- Usłyszała niski głos Caleba, który nadal siedział na swoimi miejscu, popijając brązowy napój z małej szklaneczki, jakby nic się nie działo.
- Wiem.- Jego głos. Niski. Bardzo niski, odrobinę zachrypnięty. Jeżeli Caleb myślał, że swoimi opanowaniem ją uspokoi to się bardzo, ale to bardzo się mylił.- Właśnie na tym mi zależy.- Jeszcze raz spojrzał na dziewczynę, ale tym razem w jego spojrzeniu było coś, czego nigdy by się nie spodziewała. Pragnienie. Ono często bywa niebezpieczne. Bardziej niż cokolwiek innego.
- A nie powinno.- Tym razem to ona odwróciła wzrok i zatrzymała go na Calebie, który powoli unosił głowę, a na jego twarzy igrał uśmiech. Przyjacielski uśmiech, do diabła!- Ona jest ze mną.
- Współczuję jej.- Marcus roześmiał się, ale nie był to śmiech przepełniony ciepłem, choć na pewno szczery. Mężczyzna usiadł obok Alicii tak, że teraz miała ich po swoich obu stronach i odwrócił się w stronę baru. Barman postawił przed nim szklaneczkę z takim samym alkoholem jaki pił Caleb i nie wydawał się ani trochę przerażony. - A więc jak masz na imię?
- Alicia.- Odpowiedziała cicho, nadal nie będąc przekonana, co do swojego bezpieczeństwa. Siedziała pomiędzy dwoma mężczyznami, z czego jeden był demonem, ale obaj wydawali się równie bezlitośni. Wyciągnęła rękę po swojego drinka i opróżniła szybko cały kieliszek. Marcus uniósł w zaskoczeniu obie, czarne brwi.
- Nie bój się go.- Usłyszała za sobą głos Caleba i odwróciła się do niego. Nadal opierała się łokciami o bar, więc miała swobodne pole do poruszania głową i zerkania na obu mężczyzn. - Nikt ci nie zrobi krzywdy, mówiłem ci to.- Jakoś jej nie przekonał. Ani wtedy, ani teraz.- Marcus jest moim przyjacielem.
- Przyjacielem?- Zapytała w osłupieniu.
- Tak. Wychodzi na to, że Caleb tak bardzo się ode mnie nie różni.- Marcus wydawał się szczerze rozbawiony tą sytuacją. Uśmiechnęła się delikatnie i odrobina strachu uleciała z niej, chociaż niepewność pozostała. - Ale ma rację. Cholerną, ale rację. Ja nie gryzę. Chyba, że chcesz.- Mrugnął do niej i opróżnił całą zawartość szklaneczki. Dopiero po chwili dotarł do niej sens jego słów. Po jej plecach przeszedł nieprzyjemny dreszcz, co nie uszło uwadze młodszego chłopaka.
- Już cię gdzieś widziałem.- Demon zmienił temat, machając pustą szklaneczką po whisky. Jego ruchy były szybkie i niekontrolowane, zupełnie inaczej niż w przypadku Caleba, który był aż nadto przepełniony gracją i wrodzoną szlachetnością ruchów. W końcu to Anioł. Zdemoralizowany, zdegenerowany, ale nadal Anioł. - Jesteś ładna, więc trudno cię nie zauważyć.- Wypowiedział te słowa tak swobodnie, że poczuła jak na jej blade policzki wypływa rumieniec. Cieszyła się, że w klubie jest wystarczająco ciemno, aby nikt tego nie zauważył.- Jesteś Aniołem, prawda?
- Tak.- Skinęła głową. Z każdą chwilą czuła się coraz pewnie w ich towarzystwie. Może nawet w pewnym stopniu była dumna, że przebywa wraz z demonem i człowiekiem o anielskim pochodzeniu. Zwłaszcza, że byli niesamowicie seksowni. Przerażający, aczkolwiek pociągający. Jeśli chodzi o Marcusa był to po prostu ten zwierzęcy magnetyzm, który posiadał każdy demon. Caleb? On się już chyba z tym urodził. W przedszkolu wszystkie dziewczynki pewnie się za nim uganiały. Alicia nie mogła wyobrazić sobie tego konkretnego chłopaka, który jako czterolatek ciągnąłby koleżanki za warkocze. To było doprawdy dziwne, ale poprawiło jej humor. Gdyby tylko jej znajome pochodzenia niebiańskiego dowiedziały się o tym, co Alicia wyprawia zapewne udawałby oburzone, ale w głębi duszy zazdrościłby jej. Ileż dziewczyn nie marzy o tym, żeby chociaż zbliżyć się do jakiegokolwiek demona? Ale to jest zabronione, bo pomimo niegdyś podpisanego aktu pokoju, w rzeczywistości dzieci nocy nadal były ich naturalnymi wrogami.
- Jesteś taka niewinna.- Wyszeptał, wyciągając dłoń w jej stronę, chcąc dotknąć jej twarzy. Kiedy już niemalże czuła jego dotyk na sobie, zobaczyła jak w ostatniej chwili Caleb chwyta nadgarstek demona, skutecznie uniemożliwiając mu planowany gest. Odetchnęła z ulgą.
- Nie przeginaj.
- Żartowałem przecież.- Marcus roześmiał się i ponownie mrugnął do nastolatki. Sam kończył zapewne czterdziestkę, ale jego blada twarz nie pokryta była ani jedną zmarszczką. - Ale jestem demonem, kochanie.- Wzdrygnęła się, słysząc pieszczotliwe słowo skierowane w jej stronę. Na nikim innym nie zrobiło to chyba jednak większego wrażenia. - Kiedy widzę młodą dziewczynę, zwłaszcza tak czystą, nie potrafię się powstrzymać.
- Lepiej by było gdybyś się nauczył.- Odparł chłopak, ale nikt go nie usłyszał.- Jest ze mną.- Powtórzył. Jakby to coś miało zmienić.
- Ale kiedyś cię z nią nie będzie i co wtedy, supermanie?- zaśmiał się szyderczo, chowając niesforne kosmyki ciemnych włosów za ucho.
 Czuł, że ta dziewczyna się go boi, chociaż stara się tego nie okazywać. Jej zapach był tak intensywny, że gdyby był głupim szczeniakiem na pewno już by się na nią rzucił. Ale miał trzydzieści siedem lat i przeżył więcej niż ta dwójka razem wzięta, chociaż Calebowi wydawało się, że jest Bóg wie kim. Dzieciak nawet nie zdaje sobie sprawy jak bardzo niebezpieczna jest ta jego pewność siebie, która ocierała się już o arogancję. Pogadamy, kiedy dorośniesz.- zaśmiał się w duchu. Pamiętał czasy, kiedy to on miał dwadzieścia lat i przeświadczenie, że świat czeka na niego z szeroko rozwartymi ramionami. Był młody, gdy trwała wojna, ale po jej zakończeniu twierdził, że jest bohaterem. Takich jak on było wielu, a jego bracia i siostry zginęli przerażającą śmiercią, chociaż nigdy nie błagali o litość.
- Czystą?- Jej pytanie wyrwało go z otępienia w jakim się znajdował. Dziewczyna pytała samą siebie, czy siedzący obok niej mężczyzna oszalał. Czy demony mają nierówno pod sufitem?
- Chodzi mi o duszę.- Wyjaśnił z pasją w głosie. - Jesteście tacy niewinni... To znaczy dopóki jesteście młodzi. Potem się z was straszne szuje robią.
- Ah-a. OK. Jeszcze jakieś mądrości życiowe masz do zaoferowania?- Prychnęła z odważną pogardą. Nigdy nie zdawała sobie sprawy, że alkohol źle działa na demony. Może trzeba to wykorzystać w potencjalnej wojnie przeciwko nim? Musiała o tym koniecznie powiedzieć ojcu. Wtedy jednak musiałaby wspomnieć mu o swojej ucieczce, a to była okropna perspektywa przyszłości. - Skąd się znacie?- zapytała głównie dlatego, ponieważ nie przemawiała do niej perspektywa spędzania czasu w towarzystwie milczących "wyrzutków". Sama nigdy nie interesowała się demonami ani dziwnymi połączeniami genetycznymi, więc w głowie miała wyłącznie wiadomości, które cierpliwie wbijał jej do głowy ojciec. Wtedy jeszcze miał dla niej czas. Co mówił o demonach? Są niebezpieczne, ale nie tak jak to sobie wyobrażają ludzie. Sam ich widok sprawia, że człowiek zaczyna drżeć na całym ciele i dostaje przerażających konwulsji. Spojrzenie ich ciemnych oczu paraliżuje, a dotyk zabija. Potrafią omamić niewinnego człowieka i wbrew legendom nie gustują w młodych dziewicach. Żyją normalnym życiem, możesz ich mijać na ulicy, a one nie wciągną cię do ciemnego zaułku i nie zabiją. Nie są dzicy, wydają się być normalnymi ludźmi- niektórzy mają nawet rodziny- ale pomimo tego od narodzin uczeni są nienawiści do swoich odwiecznych wrogów.
- Nauczyłem Caleba kilku pożytecznych rzeczy.- Pierwszy odpowiedział Marcus. Zmarszczyła brwi, zastanawiając się jakich to "pożytecznych" rzeczy mógł kogoś nauczyć ten arogancki demon. - Jest mi za to niezmiernie wdzięczny, prawda?
- Taa... Jak diabli, Marcus. Jak diabli...
- Nie mów, że niczego się ode mnie nie nauczyłeś. Gdyby nie ja, już by cię tu z nią nie było.
- Doprawdy?
- Yhy...- Odparł inteligentnie, wstając z krzesła. Znowu dotarło do niej, że kiedy tak nad nią stał, wyglądał niezwykle... hm... No cóż. Straszny był. - Ja się pożegnam. Chyba nie jestem tu mile widziany.- Skłonił się nisko, mrugając do Alicii. Ale jednak posiadł coś, co przypominało poczucie humoru. Tego właśnie brakowało większości Aniołom po trzydziestce. - Gdyby mój przyjaciel zachowywał się nieodpowiednio, to możesz mnie tu zawsze znaleźć.- Mogłaby. Gdyby tylko jakimś cudem drugi raz tu trafiła. A poza tym nie sądziła, że Caleb mógłby "nieodpowiednią się zachowywać". Pomimo wszystko nadal wierzyła w jego szlachetność.
- Cześć - odpowiedziała mruknięciem, przyglądając się odchodzącemu w stronę wyjścia mężczyźnie. Po chwili zniknął w tłumie. Odwróciła się z spokojem do swojego towarzysza i dotknęła delikatnie jego ramienia. - Współczuję.
- Ja czasami sobie też. - Westchnął i wyprostował się, powtarzając ruchy Marcusa. Położył na lśniącym, czarnym blacie kilka zmiętych banknotów i rozejrzał się dookoła. Miał nadzieję, że nikt ich nie obserwuję, bo wtedy miałby niemały problem. Pomimo wszystko, niektóre demony buntowały się i jego poczynania mogły wzbudzić w nich gniew. - Idziemy?- Nie czekając na odpowiedź, ruszył w kierunku drzwi, za którymi kilka sekund wcześniej zniknął ciemnowłosy mężczyzna. Nie mając wyjścia, podążyła za nim, a kiedy ocierała się o istoty tańczące pośrodku lokalu znowu odrodziło się w niej to nieprzyjemne uczucie.


 Przeszli przez ciemny korytarz, który według niej zamieszkiwały szczury-mutanty i w końcu mogli odetchnąć świeżym powietrzem. Caleb puścił jej dłoń- nawet nie zauważyła, że jej dotyka- i podszedł do auta, tym razem nie otwierając przed nią drzwi. Niepewnie zajęła miejsce obok niego i zanim zdążyła zapiąć pasy, ruszył z piskiem opon. OK. Coś tu było mocno nie tak.
- Co jest?- Zapytała jakby od niechcenia. Spojrzał na nią i uśmiechnął się szczerze. Nie powinien jej tam zabierać. Pomimo wszystko nie powinien tego robić. Na jedną chwilę dał się ponieść emocjom, uczuciom, pragnieniom... Ale to koniec. Trzeba ją trzymać od takich miejsc z daleka. Co by było gdyby podszedł do nich ktoś inny? Zabiliby ją. Najzwyczajniej w świecie byłaby m a r t w a.
- Podobało ci się?
- Tak, chyba tak.- Odpowiedziała, zastanawiając się nad jego pytaniem. Pomimo wszystko to niezłe miejsce, a przede wszystkim takie inne. Zupełnie różniło się od miłych restauracyjek w jakich spędzała czas. W Edenie wszystko było potężne, głośne i przyciągające. Najczęściej chyba tak jest, że pragniemy tego, co jest dla nas najbardziej niebezpieczne. - Aha. I przepraszam.
- Za co?- Zapytał, chociaż doskonale znał odpowiedź. Cały ten czas wydawała się speszona, chociaż z każdą sekundą coraz bardziej śmiała. Cieszył go fakt, że już nie odczuwa przed nim ludzkiego, żałosnego strachu. Powinna odczuwać o wiele gorszy o którego istnieniu nawet nie wiedziała, a nie taki prosty, dziecięcy. Nie był jej koszmarem, ale przypadkowym przeznaczeniem. Jednym z wielu.
- Za wszystko, co tam mówiłam. Wiesz, o co mi chodzi, prawda?
- Nie musisz przepraszać. Nie masz za co. Gdyby przepraszał za wszystko, co zrobiłem już dawno bym zwariował.- Roześmiał się cicho, skręcając na trzecim już zakręcie.
- A co zrobiłeś?- Wypaliła zanim zdążyła pomyśleć. Jej twarz zrobiła się purpurowa, co zauważył i z przyjemnością stwierdził, że wyglądało ta naprawdę... Miło. Tak, miło to dobre określenie jeśli chodziło o tę dziewczynę. Ale nie tylko była miła. Była po prostu inna. Różniła się od tych palantów z którymi była spokrewniona- właśnie dlatego zwrócił na nią uwagę. Ponieważ się wyróżniała.
- Dużo rzeczy z których pomimo wszystko jestem bardzo dumny.- Nie chciała wiedzieć jakie to rzeczy, bo mogłaby się rozczarować.

       * * *


 Caleb...- Wypowiedziała jego imię po kilku minutach ciszy. Właśnie dojeżdżali do jej ulicy i Alicia miała dziwne przeczucie, że chłopak nie zatrzyma się przed jej domem. Nie czekając na jego słowa, kontynuowała.- Dlaczego wtedy pytałeś mnie o imię mojego psa?- W jej głosie słychać było rozbawienie- koniecznie chciała rozładować napięcie, które z każdą sekundą ciszy, wzrastało wewnątrz samochodu.
- Bo nawet nie wiesz kim jest Kelpie.- Odparł bez zastanowienia.
- A kim jest?
- Nie chodzi mi o twojego psa, ale o jego imię. - Wyjaśnił, zatrzymując samochód pod jednym z drzew, rosnących wzdłuż ulicy. Miała rację- jej dom stał kilkaset metrów dalej. - Czy twoi rodzice nie wkurzyli się, kiedy go tak nazwałaś?
- Właściwie to... tak.- Przypomniała sobie wydarzenie sprzed kilku lat, kiedy to w domu wybuchła ogromna awantura. Upierała się, że takie imię będzie nosił jej pies. Usłyszała je w szkole i od razu przypadło jej do gustu, jednak rodzice nie chcieli się na to zgodzić. Ale ona tak długo nazywała zwierzę Kelpie, aż w końcu musieli się przyzwyczaić.
- A wiesz dlaczego?- kontynuował. Pokręciła głową, usilnie starając się coś wymyślić. Temperatura w jego aucie nagle wzrosła o kilka stopni, chociaż sam chłopak niczego nie zrobił. To było tak jak wtedy przed szkołą- działo się to przez niego, chociaż bez jego świadomego udziału. Taką miała teorię.- Kelpie był demonem. Wodny koń w którego istnienie wierzyli Szkoci. Porywał ludzi i topił ich. - Zadrżała. Demonem? To dlatego rodzice tak zażarcie się z nią kłócili. Trzymała w domu psa, który nosił demoniczne imię. Każdy wiedział, że nie wolno nadawać zwierzętom ani ludziom imion legendarnych demonów, bo to może się źle skończyć. Takie zwierzę po jakimś czasie- jeśli tylko będzie miało kontakt z demonem- zaczerpnie od niego odrobinę zła, a tyle wystarczy, żeby... Próbowała sobie przypomnieć, czy Kelpie miał jakiś kontakt z istotami o demonicznym pochodzeniu. Nie był zwolennikiem wychodzenia z domu, a jak na razie nie wykazywał oznak zarażenia, więc chyba wszystko było w porządku.
- Aha.- Tylko tyle zdołała z siebie wydusić. Cała radość z tej nocy szybko się ulotniła. Spojrzała na niego, uśmiechając się smutno, chociaż chciała wyglądać na szczęśliwą. Pokręciła głową z niedowierzaniem. - Chyba muszę już iść.
- Dobranoc.
- Dobranoc.- Pożegnała się i wyszła z samochodu. Zanim jeszcze zamknęła za sobą drzwiczki, odwróciła się i jeszcze raz na niego spojrzała. Przyglądał jej się z iście stoickim spokojem, trzymając prawą dłoń na kierownicy- w każdej chwili gotowy był odjechać.- Dlaczego nigdy nie zbliżasz się do mojego domu?- zapytała tylko dlatego, ponieważ była ciekawa, nic więcej...
- Bo nie jestem mile widzianym gościem.- Odpowiedział i uśmiechnął się do niej smutno. Zatrzasnęła drzwiczki i ruszyła w kierunku swojego domu.
 Ta noc była wyjątkowa, niesamowita, ale w ostatnich minutach zamieniła się w smutną historię o dziewczynie, która po prostu chciała żyć normalnie.

        * * *

 Odetchnęła głęboko i otworzyła drzwi wejściowe. Już z daleka widziała światło palące się w salonie i sylwetki dwójki ludzi. Rodzice jednak wrócili wcześniej niż obie z Hilary przypuszczały. Czyżby bankiet się nie udał?- zakpiła w myślach i weszła do pokoju. Jak na komendę rodzice odwrócili się i spojrzeli na córkę nie z wyrzutem, ale z wściekłością. W jasnoniebieskich oczach ojca płonęła istna furia. Ponownie westchnęła i zbliżyła się do nich, czekając na karę jaką mieli jej wymierzyć. Nigdy tego nie robili, więc nie była nawet pewna, co to będzie. Szlaban? Coś tak prostego?
- Alicio.- Usłyszała niski głos ojca, który wstał z fotela i teraz przyglądał jej się w skupieniu, lustrując każdy fragment jej stroju, jakby oceniał gdzie była. Nie musiał. Hilary i tak im pewnie o wszystkim powiedziała. Ojciec był czasami naprawdę przerażający. Potężny, a jego uroda polegała bardziej na strachu jak wzbudzał niż chłopięcym uroku Caleba. Nie, o nim teraz nie powinna myśleć. Wszystko przez niego. Może gdyby nie zatrzymywał jej w samochodzie, zdążyłaby przed rodzicami. W ogóle nie powinna z nim wychodzić!- Gdzie byłaś?- Powoli odpinał guziki grafitowej marynarki, którą delikatnie, niemalże z lubieżną czcią położył na sofie. Naprawdę był wściekły.
- Z kolegą.- Powiedziała prawdę. Nie warto było kłamać, potem byłoby jeszcze gorzej. Ojciec skinął delikatnie głową. Zawsze tak się zachowywał- niby spokojnie, ale ten spokój właśnie był najgorszy. W jego głosie słychać było nutę groźby. A mama? Jasnowłosa kobieta w czarnej sukience stała z boku przyglądając się córce z tymi samymi emocjami wymalowanymi na pięknej twarzy co jej mąż. Ona jednak nie krzyczała na swoją córkę, chociaż miała na to ogromną ochotę. Wszystko pozostawiła w rękach męża.
- Jakim kolegą? Nie powiesz mi, że z Michael'em. Dzwoniliśmy do niego.
- Nie znacie go.
- Mówiliśmy ci, żebyś nie wychodziła sama z domu, zwłaszcza w środku nocy.- Jego głos stał się o ton wyższy, a Alicii wydawało się, że sam mężczyzna rośnie z każdym wypowiedzianym słowem. Czuła się przy nim tak niezwykle malutka, że prawie zapomniała o oddychaniu. Zupełnie jak w towarzystwie Marcusa. - A ty? Zlekceważyłaś nasze rozkazy. W dodatku uciekłaś nocą z domu!- Zlekceważyłaś nasze rozkazy. Dźwięczały jej w głowie słowa ojca. Dowódca, wojsko. Czuła się jak żołnierz, który nie wykonał swojego zadania. Ale ona nie była jego poddanym, była jego córką. Wiedziała, że mógłby się o nią martwić, ale w jego głosie nie było słychać ani odrobiny zmartwienia. Potrafił je ukrywać. A może już dawno się go wyzbył?
- Wyszłam tylko z kolegą.- Wyszeptała przez zaciśnięte zęby. Wiedziała, że nie może mu się sprzeciwić i dobrze. Przyjmie należną jej karę, ale na pewno się przy nim nie popłacze. Kochała go, kochała go najbardziej na świecie, ale kiedy zachowywał się tak jakby był jej szefem, wtedy chyba go nienawidziła. Jakieś ludzkie uczucie.
- Z kolegą?- Odparł już spokojniej. Na jego czole pojawiła się pojedyncza zmarszczka, która jeszcze bardziej dodawała mu powagi. - Jak się nazywa ten twój kolega?- Niemalże wypluł ostatnie słowo. Zadrżała pod wpływem powstrzymywanego płaczu.
- Caleb.- Wyszeptała, odważnie patrząc mu w oczy, chociaż  coraz bardziej chciała uciec do swojego pokoju.
- Nazwisko.
- Nie wiem. - Zupełnie się pogrążyła.
- Nie wiesz jak się nazywa, a spędzasz z nim noc, tak? Powiedz przynajmniej gdzie byłaś, jeśli możesz.- Kpina. Sarkazm.
- W klubie.
- Jak się nazywa?-dopytywał, a jego twarz przybierała odcień czerwieni. Zauważyła także pulsującą żyłkę na jego skroni, świadczącą o silnym wzbudzeniu.
 Dziewczyna odpowiadała automatycznie, jakby była zaprogramowana dla wykonywania rozkazów ojca. I to było największe upokorzenie, jakie mogło ją dotknąć.
- Eden.- To już był koniec. Teraz tata na pewno nie wytrzyma. Stali przez chwilę w milczeniu, a napięcie stawało się nie do zniesienia. W końcu wysłał ją do swojego pokoju, a ona pobiegła tam tak szybko jakby przed czymś uciekała. Nie wiedziała jeszcze, co zrobią rodzice, ale wolała nie budzić się następnego ranka.